Sobota, 28 maja 2016

Tagi: recenzja potępienie fausta spektakl opera nova Bydgoski Festiwal Operowy

27 kwietnia 2015, aktualizowano: 27 kwietnia 2015

W „Potępieniu Fausta” Berlioza, w reżyserii Macieja Prusa, odbija się poszarpany współczesny świat

Oszczędna, acz pomocna w odbiorze dzieła scenografia i kostiumy, kameralnie rozgrywający się dramat to atuty „Potępienia Fausta” w reżyserii Macieja Prusa

Fot.: Marek Chełminiak

Katarzyna Bogucka

Do znakomitego przedstawienia Opery Nova, które w sobotę otworzyło XXII Bydgoski Festiwal Operowy, pasowałby i komentarz teologiczny, i psychologiczny.

Wprawdzie piszę te słowa jeszcze przed niedzielną mszą, ale nabożeństwo nie zmieni w żaden sposób mojego wrażenia, że diabeł ma w operze (i nie tylko tam) naprawdę świetny PR.


Ile to razy oglądałam przedstawienia, w których miał choćby niewielką rólkę do zagrania i zaraz okazywało się, że piekielnik kradnie całe przedstawienie, że na nic skrojony na wielką skalę niebiański, acz wiejący słodką nudą, finał.

CZYTAJ TEŻ: Przed nami 22. Bydgoski Festiwal Operowy. Zobaczymy wyjątkowe spektakle i zespoły ze Słowacji, Litwy i Chin

I w „Potępieniu Fausta” siła nieczysta gra pierwsze skrzypce, z tym że demon w genialnym (!) wykonaniu, i w takimż wizażu (miękkość kroku, czerwone buty i paznokcie, złe oczy) Szymona Komasy. Jego głos rzucający na kolana budził i podziw, i lęk.

Na bydgoskiej scenie zobaczyłam to, o czym czyta się w teologicznych traktatach, w objawieniach i w innych opracowaniach z granic dwóch światów.

Oddech zła...


Otóż diabeł idzie za człowiekiem krok w krok (jaka znakomita i wymowna jest scena, gdy za Faustem kroczy Mefisto i jego współpracownicy; Berlioz po mistrzowsku oddał muzyką ten diaboliczny spacerek).

Kolejna sprawa: diabeł wszystko widzi - oto na scenie pokoik Małgorzaty, którą ze wszystkich stron obserwuje Mefisto i przenoszony przez niego z krańca świata na kraniec, Faust. Wreszcie trzecia obserwacja - to niesamowite, ilu pomocników zaprzęga demon do rozpracowania i zniszczenia jednego tylko człowieczka i to w tak mizernej kondycji jak operowy Faust.

Wielką zasługę w zbudowaniu u mnie tego lęku ma na pewno legenda reżyserii, Maciej Prus. Nie wyobrażam sobie, jak można byłoby wyjść z tego spektaklu obojętnym. Drugim, ważnym moim zdaniem, filarem tego przedstawienia jest chyba intencja samego Berlioza, a mianowicie stworzenie sztuki o dramacie głębokiej samotności.

Przed premierą wiele się mówiło, że Berlioz, skomponowawszy kantatę na temat losów Fausta, wiele lat później wziął się za operę, ale pracował chaotycznie, luźno łączył wątki, ignorował w zasadzie fabułę. Można by uznać to za feler, ale w tym poplątaniu tkwi walor idealny do przeniesienia we współczesność.

Samotność, indywidualizm, wyalienowanie. Warto zwrócić uwagę, że trójka bohaterów w zasadzie nie ma zbyt wielu okazji do wspólnego śpiewania. Każdy z nich jest zamknięty w swoim świecie (najbardziej dziwaczny jest Faust, ile napracować się musiał diabeł, żeby Małgorzata
- wspaniały głos Eweliny Rakocy - się w takim osobniku zakochała, ale w tym już demona głowa), z tym że Mefisto z naturalnych powodów musi wychodzić z siebie. Faust nie rozmawia zbyt wiele z Małgorzatą.

Mefisto też nie kwapi się do dialogów, przerywa tylko raz zakochanym, udziela się także w trio podczas ucieczki przed sąsiadami, którzy nakryli parę kochanków. Słowem, każdy mówi do siebie, o sobie, a motywem przewodnim jest niespełnienie prowadzące do śmierci, u Fausta przerywane cudownymi reminiscencjami z dzieciństwa, zachwytami nad przyrodą i kościelnymi nabożeństwami, chwilowo podnoszącymi nastrój.

Diabeł tkwi w interwale


Wspomniałam, że muzyka idealnie oddaje charaktery bohaterów, ich emocje. Ukłony zatem dla świetnej orkiestry z maestro Michałem Klauzą na czele. Mefistofeles pojawia się zawsze w niesamowitej instrumentalnej zapowiedzi, w intensywnych akordach instrumentów dętych - ruchliwych jak płomienie ognia, sieczących niczym bicz. Pierwszemu pojawieniu się Małgorzaty towarzyszy zaś zrazu słodka melodia fletu, później klarnet...

Muzyka razi ucho


Słodkość słodkością, ale włos się jeży, gdy już oplatana diabelską siecią bohaterka śpiewa z pozoru niewinną pieśń o królu z Thule, która muzycznie bardzo niepokoi z powodu harmonicznych dysonansów. Chodzi o kwintę zmniejszoną (albo kwartę zwiększoną). W dawnej muzyce kościelnej używanie tego interwału było zakazane, ponieważ tak raził ucho dysonansem, że uznano go za stworzony przez diabła, nazywając z łaciny „diabolus in musica” („diabeł w muzyce”).

Skoro jesteśmy przy muzyce, nie można nie wspomnieć o operowym chórze, jak zawsze w formie najwyższej i jako męski chór w oberży (scena, w której odsłania się kolejna twarz Mefistolesa, który uwielbia, gdy drwi się z kościelnych obrzędów - tu usłyszymy religijny lament nad zdechnięciem szczura), i w wersji anielsko - niebiańskiej.

Równie niezrównany był balet.

Na koniec o jedynym niedostatku, który doskwierał mi przez całe przedstawienie - o... Fauście. O ile głos tenora Łukasza Załęskiego był przyjemny dla ucha, o tyle jego aktorstwo nie wypadło, delikatnie mówiąc, przekonująco.

Czy z nieco mamejowatego już na poziomie libretta Fausta naprawdę nie da się nic więcej wycisnąć? Ciekawe, ile wyciśnie z Mefistofelesa kolejny jego odtwórca, czyli Leszek Skrla. To będzie diabeł dużo cięższego kalibru, bo starszy, bardziej doświadczony. O drugą Małgorzatę w wykonaniu Dariny Gapicz też jestem spokojna. Podobnie jak Ewelina Rakoca, zatrzęsie przedstawieniem.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Jest impreza!

forum bydgoskie